Przejdź na stronę główną Interia.pl

Tak jak Europejczycy będziemy zarabiać za pół wieku

Między zarobkami w Polsce i w całej Unii jest wciąż przepaść. Nasze wynagrodzenia rosną szybciej, więc szybciej nadganiamy tę różnicę, ale unijną średnią osiągniemy dopiero za pół wieku - policzyli przedstawiciele firmy doradczej Grant Thornton. Dają też kilka rad dla państwa, jaką politykę prowadzić, żeby było lepiej.

Jak na tle innych państw Unii wyglądają polskie płace? Powiedzmy od razu, chodzi o porównanie średnich wynagrodzeń, na podstawie danych, które publikuje Eurostat. Wiemy przy tym, że zdecydowana większość Polaków zarabia mniej niż przeciętne wynagrodzenie, ale tego badanie Grant Thornton nie dotyczyło.

Reklama

Średnie wynagrodzenie w Unii za 2018 rok (to ostatnie pełne porównywalne dane Eurostatu) wynosiło bez mała 3 tys. euro, a w Polsce nieco ponad jeden tysiąc, czyli 35,5 proc. unijnej średniej. Dodajmy jeszcze, że zarabiamy zaledwie 31,2 proc. tego, co nasi zachodni sąsiedzi, z którymi najbardziej lubimy się porównywać. Średnia płaca w Niemczech w ubiegłym roku wynosiła nieco ponad 4,2 tys. euro.

- Jest nadal przepaść pomiędzy wynagrodzeniem przeciętnego Polaka a przeciętnego Europejczyka - mówił na konferencji prasowej prezentując wyniki badania, czyli Salary Catch Up Index Tomasz Wróblewski, partner zarządzający w Grant Thornton.

Przepaść widać nawet wtedy, jeśli weźmiemy pod uwagę siłę nabywczą polskich wynagrodzeń. Wynika to z tego, że w Polsce są nieco niższe ceny, a więc za zarabiane przez nas pieniądze możemy kupić nieco więcej. Gdy tak na to popatrzeć nasze płace nie są już trzy razy niższe, ale grubo ponad dwa razy.  

- Generalny obraz zjawiska pozostaje ten sam - powiedział Tomasz Wróblewski.

- Ta przepaść nam się jednak zmniejszyła - dodał.

Dzięki czemu? Przez ostatnie trzy lata przeciętne wynagrodzenie w Polsce rosło średnio o 4,66 proc. każdego roku i był to jeden z lepszych wyników w Unii, a w dodatku znacznie lepszy niż w krajach "starej" Unii. Tylko Łotwa, Litwa, Węgry, Bułgaria i Rumunia odnotowały szybszy wzrost. Przeciętna płaca w Unii wzrosła w tym czasie o 2,58 proc., natomiast w strefie euro zaledwie o 0,49 proc. Dzięki szybszemu niż w innych wielu krajach wzrostowi płac nadganiamy dystans.

Nadganiamy go oczywiście nie tylko przez ostatnie dwa czy trzy lata, ale od początku transformacji. Ponieważ pełne dane Eurostatu mamy na ten temat od 2000 roku, Grant Thornton dokonał porównań za ten okres. I okazało się, że polskie średnie zarobki sięgały w 2000 roku 23,5 proc. unijnej średniej i 21,3 proc. średniej w Niemczech. A zatem przez niecałe dwie dekady do Europy nadrobiliśmy jedną szóstą dystansu.

- Pozostałe pięć szóstych wciąż jest przed nami - powiedział Tomasz Wróblewski.

Grant Thornton zadał sobie pytanie - kiedy ten dystans uda nam się pokonać? Oczywiście nie można wróżyć z fusów, trzeba było to dokładnie policzyć, a do tego przyjąć jakieś założenia. Założono zatem, że polskie płace będą przez kolejne lata rosły tak szybko, jak przez ostatnie trzy. I podobnie będzie w innych krajach Europy. Co z takich założeń wyszło?

Wynika z nich, że polskie przeciętne wynagrodzenia dogonią unijną średnią we wrześniu... 2069 roku, a więc niemal dokładnie za pół wieku. O ponad 12 lat wcześniej będziemy zarabiać tyle, ile zarabiają przeciętnie Niemcy. Najmniejszy dystans z krajów "starej" Unii dzieli nas od Portugalii, a potem od Grecji. Ich poziom wynagrodzeń osiągniemy odpowiednio w kwietniu 2027 i w marcu 2029 roku.

- Pół wieku to wielkość nieco przygnebiająca - mówił Tomasz Wróblewski.

A równocześnie inne kraje "nowej" Unii, czyli naszego regionu będą nam uciekać - jak Czechy czy Estonia. W związku z tym będziemy zarabiać tyle co Czesi pod koniec tego stulecia, a tyle co Estończycy - za prawie... 400 lat.

Porównujemy się cały czas z europejską (lub niemiecką) średnią, ale pod względem płac państwa Wspólnoty bardzo się od siebie różnią. Z naszego regionu tylko w Słowenii średnie płace są wyższe niż w Portugalii, ostatnim pod względem wynagrodzeń kraju "starej" Unii.

W Luksemburgu, gdzie zarabia się najlepiej (prawie 5 tys. euro miesięcznie) wynagrodzenia są ponad trzy razy wyższe niż w Portugalii i ponad osiem razy wyższe niż w Bułgarii, która ze średnią płacą miesięczną niespełna 600 euro zajmuje ostatnie miejsce w Unii. Ale tam płace realne przez ostatnie trzy lata rosły rocznie o prawie 8 proc. Najszybciej rosły w drugiej od końca Rumunii - o ponad 11 proc. rocznie.

Jeśli tak będzie dalej, rumuńskie wynagrodzenia dogonią nasze w 2023 roku, litewskie w 2025 roku, łotewskie - w 2026 roku, a bułgarskie - w 2037 roku. To znaczy, że z kolei dystans biedniejszych krajów naszego regionu, w tym Bułgarii i Rumunii, które weszły później od nas do Unii, stale się zmniejsza.

Co ciekawe, po wielkim kryzysie sprzed dziesięciu wynagrodzenia wyraźnie spadły tylko w Grecji. W innych krajach najbardziej dotkniętych przez kryzys z perspektywy dwóch dekad nie widać większego dostosowania wynagrodzeń. Pamiętajmy, że jest to jedyny sposób, żeby w obszarze wspólnej waluty poprawić konkurencyjność gospodarki.

Z punktu widzenia strefy euro to bardzo zasadnicza sprawa, bo dzieli się ona na bardzo konkurencyjną Północ i słabo konkurencyjne Południe. A fakt, że na Południu wynagrodzenia spadły minimalnie znaczy, że nie ma tam tzw. wewnętrznej inflacji, która mogłaby pomóc uleczyć tę nierównowagę. W ciągu ostatnich trzech lat wynagrodzenia we Włoszech wprawdzie spadły, ale zaledwie o 0,03 proc. rocznie. W Hiszpanii zmniejszały się o 0,6 proc. rocznie, ale już w Portugalii rosły o 0,6 proc.

- Dramatyczne kryzysy nie znalazły odzwierciedlenia w istotnych spadkach przeciętnych wynagrodzeń. Tak było w wielu krajach Unii, jak w Hiszpanii, czy we Włoszech - mówił Tomasz Wróblewski.

Analitycy Grant Thornton zauważyli jeszcze jedną ważną rzecz. Przełomowy dla wzrostu wynagrodzeń w Polsce był 2012 rok. Co się wtedy stało? Otóż wzrost płac (cały czas mówimy tu o średniej) zaczął wyprzedzać wzrost PKB. W sumie w latach 2000-2018 nasz PKB urósł o 93 proc., a wynagrodzenia tylko o 68 proc. W latach 2012-2018 było odwrotnie - PKB urósł o 23 proc., a wynagrodzenia - o 26 proc.

Co to znaczy? Z jednej strony możemy mieć satysfakcję, że zarabiamy coraz lepiej, ale z drugiej płacimy za to niższą produktywnością. A to grozi tym, że polska gospodarka może stać się mniej konkurencyjna w porównaniu z innymi.

Lata 2017 i 2018 to okres wyjątkowo szybkiego wzrostu wynagrodzeń w naszym kraju. Grant Thornton zrobił dwa lata temu po raz pierwszy badanie Salary Catch Up Index i wynikło z niego wówczas, że średnią unijną dogonimy dopiero w 2077 roku. Ostatnie badanie pokazuje, że w ciągu ostatnich tych dwóch nadrobiliśmy osiem lat zaległości.

Co w takim razie można zrobić, żeby wzrost polskich płac był szybki, a jednocześnie nie doprowadził do utraty konkurencyjności przez naszą gospodarkę? Utrata konkurencyjności to coś, co mogłoby nas zaprowadzić na "południe" Europy albo - ponieważ nie mamy euro - spowodować wysoką inflację.

Analitycy Grant Thornton radzą. Po pierwsze - im więcej ludzi pracuje, tym lepiej. A pod względem udziału ludzi w rynku pracy nie jesteśmy europejskim liderem. Tu jest wiele do nadrobienia.

Po drugie - im bardziej efektywnie ludzie pracują, tym lepiej. A to zależy od jakości zarządzania i wsparcia pracowników przez technologie. Tu także możemy zrobić jeszcze bardzo dużo.

Po trzecie - w gospodarce, która zaczęła się już bardzo szybko zmieniać, bardzo wiele będzie zależeć od innowacji. Chodzi o to, żeby praca przynosiła jak najwięcej wartości dodanej. Z innowacjami też na razie nie idzie nam najlepiej.     

Jacek Ramotowski

 

Dowiedz się więcej na temat: zarobki | Grand Thornton

Reklama

Najlepsze tematy

Partnerzy serwisu

PKO BP KGHM