Przejdź na stronę główną Interia.pl

Polska gospodarka opiera się dekoniunkturze

Ekonomiści banku PKO BP podnieśli prognozę wzrostu polskiego PKB na ten rok do 4,6 proc. z 4,2 proc. poprzednio. Po zaskakująco wysokim wzroście PKB w I kwartale o 4,6 proc. uważają, że polska gospodarka wciąż jest odporna na osłabienie gospodarcze w Europie i konflikty ekonomiczne na świecie. Dlaczego?


- Wyniki za I kwartał tego roku potwierdzający z jeszcze większą siłą odporność polskiej gospodarki na pogorszenie warunków zewnętrznych - powiedział na konferencji prasowej główny ekonomista banku Piotr Bujak.

Reklama

Komisja Europejska w maju obniżyła prognozy wzrostu na ten rok dla dużej części państw Unii, w tym dla Niemiec do 0,5 proc. z 1 proc. Dla Polski podniosła jednak prognozę do 4,2 proc. Dlaczego polska gospodarka radzi sobie, choć wiele innych doznaje zadyszki, a niektóre bardzo wyraźnej?

Analitycy PKO BP uważają, że polska gospodarka zawdzięcza swoją wyjątkową sytuację spadkowi relatywnych jednostkowych kosztów pracy. To wcale nie znaczy, że płace nie rosną. Rosną, ale wolniej niż wydajność pracy. A w dodatku płace rosną wolniej niż w naszym regionie Europy, a wydajność pracy - szybciej. Dzięki temu polskie towary potrafią utrzymywać swoją konkurencyjność na zagranicznych rynkach.  

- Od początku 2018 roku ten pozytywny czynnik jest wzmacniani relatywnie korzystnym zachowaniem się kursu dla eksporterów - powiedział Piotr Bujak.

Analitycy PKO BP obliczyli jak wyglądał wzrost jednostkowych kosztów pracy w Polsce od czasów przed ostatnim wielkim kryzysem. W latach 2006 i 2007 rosły one bardzo szybko, a w 2008 roku skoczyły nawet o 10 proc. A po wybuchu kryzysu gwałtownie spadły. I od tego czasu tylko w nielicznych kwartałach ich wzrost sięgał 3 proc., a  przez większość czasu nie przekraczał 2 proc.

Dzieje się tak dlatego, że płace w Polsce - pomimo wzrostów nawet o 8 proc. przejściowo w 2018 roku - rosną bardzo umiarkowanie i generalnie wolniej od wzrostu wydajności pracy. A to z kolei ma kilka różnych przyczyn. Pierwszą jest to, że do Polski napłynęło bardzo wielu imigrantów ekonomicznych w Ukrainy.

Drugi powód jest taki, że wciąż trwa przenoszenie się zatrudnionych w mniej efektywnych do bardziej efektywnych sektorów. Wciąż trwa migracja ze wsi do miast i zmniejsza się odsetek zatrudnionych w rolnictwie. Dzięki temu, że ludzie pracują w bardziej efektywnych przedsiębiorstwach, pracują bardziej wydajnie.

Zdaniem głównego ekonomisty PKO BP umiarkowany wzrost jednostkowych kosztów pracy jest najważniejszym powodem utrzymywania konkurencyjności przez polską gospodarkę na międzynarodowych rynkach. Ale są jeszcze inne powody tego, że światowe kłopoty nas omijają.

- Jednostkowe koszty pracy rosły wolniej niż w innych krajach regionu, nawet wolniej niż w Niemczech. Wzrost płac nie przekraczał wzrostu wydajności pracy, a napływ pracowników z zagranicy pomagał utrzymać koszty pracy - powiedział Piotr Bujak.

Po pierwsze nasza gospodarka jest stosunkowo mało powiązana z amerykańska i chińską, a po bardzo przejściowym rozejmie od początku maja już widać, że wojna handlowa wywołana przez prezydenta USA Donalda Trumpa będzie się zaostrzać. Po drugie, wykorzystanie funduszy unijnych, z czym mieliśmy przez ostatnie lata pewne opóźnienia, wzbiera i dochodzi do szczytowej fazy. Dzięki temu inwestycje publiczne cały czas rosną.

- Środki unijne to także wzrost inwestycji w sektorze prywatnym - powiedział Piotr Bujak.

Niewykluczone, że po wielu latach stagnacji rozpoczął się w Polsce długo oczekiwany wzrost inwestycji prywatnych. GUS podał niedawno, że inwestycje firm zatrudniających co najmniej 50 osób wzrosły w I kwartale o 21,7 proc. w ujęciu rocznym i osiągnęły wartość 28,1 mld zł. Jeżeli się okaże, ze jest to trwały trend, to wpłynie on także na wydajność pracy - bo polskim przedsiębiorstwom od wielu lat właśnie tego najbardziej brakowało - wsparcia pracy ludzi przez nowoczesne maszyny.      

- Gospodarka może nadal szybko rosnąć dzięki bardzo szybkiemu wzrostowi inwestycji przedsiębiorstw. To się przyczyni do wzrostu wydajności pracy - powiedział główny ekonomista PKO BP.

Pogorszenie koniunktury w krajach Zachodnich ma też dla polskich eksporterów swoje dobre strony. Widać je było na początku lat 2000, po ostatnim globalnym kryzysie, a zauważalne są także obecnie. Kiedy konsumenci na Zachodzie czują, że maleje ich siła nabywcza, są skłonni zastępować towary, do których się przyzwyczaili - tańszymi, nawet gorszymi. To tak zwany "efekt wypierania", z którego korzystają także polscy eksporterzy do Niemiec i innych krajów strefy euro. Piotr Bujak dodaje jeszcze, że efekt ten działa także na rynku dóbr zaopatrzeniowych, a więc w przedsiębiorstwach, a nie tylko wśród konsumentów.

- Ten trend przyspiesza - powiedział Piotr Bujak.

Wszystko to oczywiście - łącznie z prognozami wzrostu - ma szanse się spełnić, jeśli sytuacja na  świcie się wyraźnie nie pogorszy. A tak być może. Co może ją pogorszyć? Po pierwsze twardy brexit. Według szacunków PKO BP jego skutki mogłyby zmniejszyć wzrost polskiego PKB aż o jeden punkt procentowy. Ale i tak nie będziemy krajem najmocniej przez brexit dotkniętym.

 - Polska nie będzie wśród głównych ofiar - powiedział Piotr bujak.

- Zakładam, że brexitu w ogóle nie będzie - dodał Mariusz Adamiak, szef biura Strategii Rynkowych PKO BP.

Kolejnym z najpoważniejszych ryzyk dla gospodarki światowej jest "wojna handlowa" pomiędzy USA a Chinami. Prezydent USA na początku mają zaostrzył swoje wypowiedzi.

- Oczekiwania na konstruktywne podejście w stosunkach amerykańsko-chińskich się zmieniło - powiedział Mariusz Adamiak.

I dodaje, że kluczowe jest teraz, jak zareagują Chiny. Niewykluczone, że mogą sobie pozwolić na reakcję bardzo wyważoną i spokojna, gdyż eksport do USA stanowi zaledwie 3,5 proc. ich PKB, gdy inwestycje odpowiadają za ok. 40 proc. Mogą więc straty poniesione w wyniku amerykańskich cel i zakazów skompensować w inny sposób.

W Polsce do gry wchodzi natomiast inflacja. W kwietniu przyspieszyła do 2,2 proc. i zaskoczyła wszystkich. Ale skok ten był spowodowany podwyżkami biletów lotniczych. Analitycy PKO BP podnieśli prognozę inflacji na ten rok do 2 proc. i uważają, ze na początku przyszłego roku (styczeń, luty) wzrost cen konsumpcyjnych przekroczy 3,5 proc. w skali roku.

-  Nastąpiło silne wzmocnienie inflacji bazowej. Podnieśliśmy nasze prognozy na ten i przyszły rok. Nie wpłynęło to na zmianę naszych ocen co do przyszłości polityki pieniężnej - powiedziała kierowniczka zespołu Analiz Makroekonomicznych Marta Petka-Zagajewska

Bo choć inflacja znajdzie się ponad górnym pasmem wahań dopuszczane przez Radę Polityki Pieniężnej, ta na nią nie zareaguje i utrzyma stopy procentowe bez zmian.  

Jacek Ramotowski

Dowiedz się więcej na temat: PKO BP SA | gospodarka w Polsce | PKB | wzrost gospodarczy

Reklama

Najlepsze tematy

Partnerzy serwisu

PKO BP KGHM