Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

​Po cichu rośnie nam finansowy potwór

Spłacasz kredyt we frankach i narzekasz na wysokie raty? Jeszcze nie jest tak źle. Raty mogą naprawdę wzrosnąć wtedy, gdy zniknie stopa LIBOR na franka, którą masz zapisaną w umowie. Zobacz, co to takiego SAR3M, SAR6M, SCR3M albo SCR6M. Te akronimy zdecydują o wysokości twoich rat już za dwa i pół roku.

Naszym rodzimym potworem finansowym będą wciąż kredyty we frankach. Od lat frankowicze sądzą się z bankami o to, że te nadużywały swojej pozycji kształtując cenę spłacanego przez nich kredytu. Od lat Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta znajduje w umowach o kredyty we frankach niedozwolone prawem zapisy
Gdy w 2015 roku kurs franka zerwał się z uwięzi, politycy zaczęli obiecywać nawet przewalutowanie tych kredytów na złote po kursie z dnia zaciągnięcia, a więc o wiele niższym od bieżącego. To mogłoby doprowadzić do bankructwa przynajmniej kilka polskich banków. Festiwal obietnic nie ustaje.

Reklama

Najbliższa przyszłość przyniesie nowe kłopoty

Potwór finansowy, o którym mówimy, podniesie łeb zapewne w 2022 roku, czyli już niedługo. Można jeszcze tego uniknąć, ale nikt w tej sprawie nie robi nic - ani banki, ani nasze władze finansowe. Jeśli nie będziemy mądrzy przed szkodą, potwór narobi w krajowym systemie finansowym duże zamieszanie.

Powiedzmy od razu - nasz rodzimy potwór finansowy nie będzie wcale największym na świecie. W innych krajach grasują od niego znacznie większe monstra. W Polsce kredyty we frankach oparte na stopie LIBOR na franka za dwa lata z okładem warte będą niespełna 100 mld zł. W USA, kredyty powiązane z LIBOR na dolara warte są teraz 1,3 biliona dolarów. Jednak 100 mld zł wystarczy, żebyśmy mieli na naszą skalę bardzo duży kłopot. 

Kłopot będzie wynikał z tego, że po 2021 roku przestanie być ogłaszana stopa LIBOR. A każdy, kto ma kredyt we frankach, dobrze wie, że lwia część umów napisana jest w taki sposób: stopa LIBOR plus marża banku. A skoro LIBOR-u nie będzie, to co? Właśnie nad tym zastanawiają się już wszyscy na świecie - najważniejsze banki centralne i inne instytucje regulacyjne. W Polsce na razie nikt o tym nie myśli. A to znaczy, że możemy być mądrzy po szkodzie. 

Najpierw powiedzmy, co to takiego LIBOR. Została wymyślona i pierwszy raz zastosowana w 1969 roku jako miara ceny pieniądza. Bo pieniądz - tak jak wszystko na świecie - kosztuje. Kiedy pożyczamy go na pewien czas, musimy za to zapłacić.

LIBOR miała określać, ile kosztuje pieniądz pożyczany przez jeden bank innemu bankowi na największym na świecie londyńskim rynku. Spotykali się wszyscy, którzy w światowych finansach odgrywali najważniejsze role. Banki, które zbierały w różnych krajach i w różnych walutach depozyty, pożyczały pieniądze innym instytucjom bez żadnych zabezpieczeń. Nazwano to rynkiem hurtowym.

Pożyczający z kolei transferowali dalej pieniądze do swoich klientów, potrzebujących finansowania na światowe biznesy. I zwykle pożyczali je na stopę LIBOR plus marża. Dlatego też LIBOR ogłaszana była na różne terminy - od overnight (ON), czyli "od dziś po południu do jutra rano", aż do roku. Pożyczano sobie pieniądze w najważniejszych walutach i LIBOR odzwierciedlała koszt pożyczki w dolarze, funcie czy franku szwajcarskim, na konkretny termin. Ponieważ LIBOR stała się podstawową miarą ceny pieniądza, jej wartość była wyższa lub niższa w zależności od tego, czy o pieniądz było łatwiej, czy też trudniej.

Od 1989 roku londyńska stopa procentowa rynku międzybankowego stała się jednym z najczęściej stosowanych i najważniejszych - jak to mówią fachowcy - wskaźników referencyjnych. Używano jej do wyceny kontraktów terminowych, obligacji i wszelkiego rodzaju kredytów - dla wielkich firm i dla zwykłych ludzi. Nawet oprocentowanie depozytów wyrażano w LIBOR. Dlatego też Kowalski ma w umowie o kredyt we frankach - LIBOR plus marża banku.

Z LIBOR zaczęły się problemy na kilka lat przed kryzysem. Zanim wybuchł, niektóre banki popadały w kłopoty. Musiały pożyczać coraz więcej, o czym dobrze wiedzieli koledzy. Popadały w pętlę zadłużenia i musiały pożyczać coraz drożej. I dlatego jak ognia bały się ujawnić swoje koszty finansowania. To było jednym z najważniejszych powodów manipulacji stopą LIBOR, co ujawnił w 2012 roku brytyjski nadzór. Potem banki zaczęły wycofywać się z rynku LIBOR, czyli z "paneli uczestników".

Kolejnym powodem śmierci LIBOR było to, że banki coraz mniej chętnie pożyczały nawzajem sobie pieniądze bez żadnych zabezpieczeń, pamiętając, co się działo, gdy wielkie instytucje w czasie kryzysu padały jak muchy. Nie było żadnej gwarancji, że upadający bank swoje pieniądze odda. Banki zaczęły więc korzystać z pożyczek zabezpieczonych papierami wartościowymi, czyli z rynku repo. Na czym takie transakcje polegają? W uproszczeniu - ten, kto pożycza pieniądze drugiemu - bierze za to zastaw. Najczęściej są to obligacje rządowe, bo te wszędzie uznawane są za najbardziej bezpieczne. Kiedy partner pieniądze oddaje, papiery wartościowe z powrotem zmieniają właściciela.

W poszukiwaniu nowych miar ceny pieniądza

Stopa LIBOR już od kilku lat przestaje odzwierciedlać koszt pieniądza, bo na tym rynku nie ma transakcji. W tej sytuacji brytyjski nadzór Financial Conduct Authority uznał, że już więcej nie będzie utrzymywać fikcji. Ale żeby dać czas na znalezienie nowych rozwiązań ogłosił, że LIBOR zniknie "po 2021 roku".

- Sprawa nie polega na tym czy, ale kiedy stawka (LIBOR) stanie się "bezużyteczna" - powiedział niedawno Tom Wipf, szef ARRC, czyli Komitetu ds. Alternatywnych Stawek Referencyjnych Rezerwy Federalnej (Fed-u w Nowym Jorku), która opublikowała ostatnio zalecenia dotyczące przekształcania kontraktów zawartych na LIBOR na dolara na nową stopę - SOFR.

Wszędzie na świecie gorączkowo zaczęto szukać nowych miar dla ceny pieniądza, bo wszędzie na świecie referencyjne stopy procentowe skonstruowane zostały na wzór LIBOR. Od USA, przez strefę euro (EURIBOR), Polskę (WIBOR) aż po Japonię (TIBOR). Wszystkie te stopy są do wymiany. Ostatnia zmiana unijnego rozporządzenia BMR mówi, że stóp takich jak EURIBOR czy WIBOR będzie można używać do końca 2021 roku, a więc przedłużono ich życie o dwa lata. Być może do tego czasu w Polsce znajdzie się następca stopy WIBOR. Ale polskie banki udzielały kredytów - właśnie we frankach - na stopę LIBOR. A to bardzo komplikuje sytuację.

Co przyniosły do tej pory poszukiwania nowych stóp? W USA obok SOFR jest konkurencyjna Ameribor, utworzona przez giełdę American Financial Exchange AFX. W ostatnim sprawozdaniu na temat SOFR komitet ARRC napisał, że liczba instytucji uczestniczących w jej kwotowaniu, czyli panelistów, stale rośnie i jest ich już ponad 130, w tym ponad 20 banków. Średnio dzienne transakcje mają wartość 800 mld dolarów.

Przybywa też instrumentów pochodnych, dla których podstawą rozliczenia stała się stopa SOFR. O ile w sierpniu zeszłego roku, a więc trzy miesiące pod jej debiucie, ich wartość ledwo przekroczyła bilion dolarów, w kwietniu tego roku wynosiła już ponad 7 bilionów dolarów. Transakcje z wykorzystaniem stopy SOFR zawierane są na największych elektronicznych giełdach instrumentów pochodnych: CME, ICE i LCH.

7 bilionów dolarów na każdym robi wrażenie, ale trzeba pamiętać, że instrumenty pochodne, obligacje i kredyty oparte na stopie LIBOR na dolara mają wartość 199 bilionów dolarów. Wobec tego użycie SOFR to tyle, co kropla w morzu. Co prawda aż 82 proc. kontraktów opartych na stopie LIBOR wygaśnie do końca 2021 roku, lecz z pozostałymi coś trzeba będzie zrobić. A to - bagatela - 36 bilionów dolarów.

Tak samo będzie z LIBOR-em na franka. Szwajcarski bank centralny SNB również pracuje nad tym, żeby wprowadzić do użytku stopę o nazwie SARON, generalnie opartą na podobnych zasadach co SOFR, a więc pożyczek overnight zabezpieczonych papierami wartościowymi. Co więcej, ma podstawie transakcji na ten najkrótszy termin wylicza SAR3M, stopę pożyczek na trzy miesiące i na przykład SAR6M. Ogłasza też nieco inaczej szacowane stopy SCRON. Teoretycznie to któraś z nich powinna odpowiadać stopie LIBOR na 3 lub 6 miesięcy, na którą zawarte są umowy o kredyty we frankach. Czy tak będzie - jeszcze nie wiemy. Ale uwaga frankowicze! Prawdopodobnie od 2022 roku będziecie spłacać kredyty, których oprocentowanie zależy od którejś z tych stóp. A więc wysokość rat - też. 

Czy to znaczy, ze nie będzie problemu? Przeciwnie. Z przejściem z LIBOR na nową stopę mogą być i to spore - ostrzega jedna z najważniejszych amerykańskich instytucji finansowych FDIC. To powstały w 1933 roku, a więc po poprzednim wielkim kryzysie, ubezpieczyciel depozytów, podobnie jak polski Bankowy Fundusz Gwarancyjny. W pewnym zakresie nadzoruje on amerykańskie banki i ma równie duży autorytet jak Rezerwa Federalna.

Jakie to będą problemy?

Ze stopami nie będzie tak, że jedna zniknie, a na jej miejsce pojawi się nowa, taka sama. To możliwe jest w magii, a nie w realnym świecie. Cześć instytucji będzie używać jeszcze LIBOR, a część już nowych stóp. Banki powinny zatem wymyślić "język awaryjny", który pozwoli przechodzić z jednego kontraktu na inny. Nad takim "językiem" pracuje też międzynarodowe stowarzyszenie bankowców zajmujących się rynkiem instrumentów pochodnych ISDA. 

Ale - przestrzega FDIC - może być też tak, że instytucje finansowe w okresie "przejściowym" będą żądać od siebie większej premii za pieniądze pożyczone na nową stopę, albo prowizji za "przejście" ze "starej" na nową". Słowem - na rynku może pojawić się większa zmienność, większe wahania. Będą nie tylko wahania stóp, ale i marży, jaką banki będą brały od siebie nawzajem za zawarcie kontraktu. Kto za to zapłaci? Oczywiście - klient.

Od ostatniego kryzysu frankowicze narzekają, że kurs franka poszybował w górę. Ale za to od lat stopa LIBOR na franka jest ujemna. Banki tę ujemną stopę respektują, pod naciskiem regulatorów, choć niełatwo im jest pożyczyć franki, dużo za to płacą i teraz już marnie zarabiają na frankowych kredytach. Ale dzięki temu raty spłacane przez frankowiczów nie wystrzeliły niebotycznie w górę. Tylko, że kiedy zniknie LIBOR na franka, kurs szwajcarskiej waluty może pozostać wysoki, a wysoka może być również stopa. Czy to będzie SAR3M, SAR6M, SCR3M czy SCR6M? Możliwe, że jedna z nich.   

 "(...) alternatywa może skutkować stopą procentową zasadniczo różną od stopy opartej na LIBOR. W związku z tym potencjalne zastąpienie jednej stopy referencyjnej inną stopą może spowodować, że kredytobiorca lub instytucja doświadczy płatności i wycen różniących się od oczekiwań" - napisał FDIC.

W USA zaczęto się nad tym poważnie zastanawiać, bo nie może być tak, żeby koszt przejścia z jednej stopy na inną poniósł w całości klient. Ale nie może też być tak, żeby całkowite koszty ponosił bank, bo to mogłoby się skończyć dla systemu finansowego katastrofą. Od kilku miesięcy instytucja zajmująca się nadzorem nad zgodnością z prawem umów o kredyty hipoteczne Federal Housing Finance Authority (FHFA) pracuje nad rozwiązaniami, które by nie postawiły kredytobiorców hipotecznych pod ścianą i nie zagroziły bankom. FDIC stwierdza, że banki już teraz powinny zacząć przyglądać się, które umowy trzeba będzie zmieniać i renegocjować, żeby uniknąć problemów w przyszłości.

Na razie polscy bankowcy, z którymi rozmawiała Interia, ignorują fakt, że LIBOR może zniknąć, a kredyty oparte na LIBOR będą spłacane nadal. Uważają, że nowa stopa, jaką by ona nie była, zastąpi starą "z automatu".

- Będzie nowa stopa, to zostanie wpisana do umowy - mówi Interii jeden z przedstawicieli sektora.

- Szkoda, że w bankach tak myślą i nie są w stanie intelektualnie sprostać wyzwaniu. To błąd, który może je wiele kosztować - mówi Interii bankowiec z długoletnim doświadczeniem.

Co można zrobić, żeby najgorszego uniknąć? Czyli zamieszania i serii nowych procesów o to, że bank jednostronnie zmienił warunki umowy. Banki już dziś powinny zacząć rozmawiać z klientami o tym, że będą zmiany, które mogą okazać się dla nich niekorzystne. Możliwe, że instytucją, która mogłaby stanąć na wysokości zadania i stymulować takie rozmowy powinien być UOKiK.

Niewykluczone, że warte rozwagi byłoby przewalutowanie kredytów "frankowych" na euro. Dla większości właścicieli polskich banków euro jest ich "rodzimą" walutą, a więc łatwiejszą i tańszą do pozyskania niż frank.

Najgorsza byłaby próba zbicia kapitału politycznego na podnoszącym łeb potworze. Obiecywanie frankowiczom, że wszystkie koszty będące skutkiem śmierci LIBOR poniosą banki. Ale to najbardziej prawdopodobny scenariusz.

Jacek Ramotowski 

Najlepsze tematy

Partnerzy serwisu

PKO BP KGHM