Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Powinniśmy dywersyfikować mix energetyczny

- Od monokultury węglowej do monokultury odnawialnej droga jest jednak daleka – dekarboniazacja to proces, który zajmie nie 10, a 50 lat. Jest on też w pełni zarządzalny, a więc nie musi być dla nikogo bolesny. Wymaga jednak od polityki tego, czego jej być może najbardziej brakuje – decyzyjności i odwagi w zerwaniu ze stereotypowym myśleniem zwróconym w przeszłość – mówi Maciej Bukowski, prezes WiseEuropa

Karolina Baca-Pogorzelska: Czy Polska wywiązuje się z celów, jakie powinna osiągnąć w produkcji zielonej energii w miksie energetycznym? Chodzi przede wszystkim o cele dotyczące redukcji emisji CO2, skoro jednak wciąż ponad 80 proc. energii elektrycznej produkujemy z węgla kamiennego i brunatnego i to my jesteśmy posiadaczem słynnego "największego truciciela", a więc Elektrowni Bełchatów, która jest największą na świecie jednostką spalającą węgiel brunatny...

- Maciej Bukowski, prezes WiseEuropa: Można powiedzieć, że do niedawna Polska znajdowała się na ścieżce prowadzącej do osiągnięcia w roku 2020 takiego udziału odnawialnych źródeł energii (OZE) w bilansie energetycznym jakiego wymaga od nas polityka energetyczno-klimatyczna UE. Problemem jest jednak to, że środki jakie zastosowano, by ten cel osiągnąć w dużej mierze poszły na bieżącą pomoc operacyjną do mało perspektywicznych aktywów spółek energetycznych. W ostatniej dekadzie Polska oparła bowiem rozwój OZE na dwóch filarach: energetyce wiatrowej i współspalaniu biomasy z węglem kamiennym. Postawienie na rozwój kapitałochłonnej, ale operacyjnie bardzo taniej, technologii jaką są elektrownie wiatrowe (ok. 40 proc. kontrybucji do celu) można zrozumieć. Jest ono relatywnie kosztowne w krótkim okresie, jednak korzystne w okresie długim i średnim bowiem znaczna część poniesionych kosztów ma charakter jednorazowy i nie wymaga ponawiania. Z kolei współspalanie biomasy z węglem kamiennym w istniejących instalacjach to technologia wymagająca relatywnie niewielkich nakładów inwestycyjnych, lecz bazująca na trwałym wsparciu operacyjnym. Jest to więc nic innego jak transfer pieniędzy do firm energetycznych bez osiągnięcia trwałego efektu klimatycznego - współspalanie wymaga bowiem dotacji nie tylko dziś, ale także w przyszłości.

Reklama

Unijny pakiet klimatyczny ogłoszony przez Radę UE w 2007 r., a przyjęty rok później założył cele 3x20 do 2020 r. To redukcja emisji gazów cieplarnianych o 20 proc. w porównaniu z 1990 r., wzrost zużycia energii z OZE do 20 proc. oraz zwiększenie efektywności energetycznej o 20 proc. Mamy rok 2016 - w którym miejscu jesteśmy?

- Ale w przypadku Polski cel OZE do roku 2020 jest mniejszy - 15 proc. Dziś około 12-13 proc. energii finalnej pochodzi ze źródeł odnawialnych, przy czym około jednej czwartej przypisuje się gospodarstwom domowym spalającym drewno w swoich kominkach i piecach, co może być szacunkiem nieprecyzyjnym. Relatywnie niewielkie zwiększenie mocy wiatrowych, fotowoltaiki i współspalania pozwoli zapewne osiągnięcie celu 15 proc. w perspektywie roku 2020, pytanie jednak, co potem. Gospodarstwa domowe będą raczej redukować niż zwiększać popyt na biomasę, coraz częściej przechodząc na droższe lecz wygodniejsze rozwiązania: gaz i energię elektryczną. Z kolei współspalanie biomasy, mimo znacznych, krótkookresowych korzyści dla firm energetycznych, ma podstawową wadę - jest trudne do skalowania, przez co jego wkład do celu OZE na rok 2030 sięgającego nie 15, a 27 proc. nie będzie zapewne dużo wyższy niż w roku 2020. Dzieje się tak z dwóch powodów. - Po pierwsze zapotrzebowanie na prąd wzrośnie w latach 2016-2020 o kilkadziesiąt procent w porównaniu z sytuacją obecną, nawet więc utrzymanie udziału współspalania w miksie wymagać będzie wzrostu wolumenu energii produkowanej z jego udziałem. Po drugie, duże wolumeny współspalania to duże zapotrzebowanie na wsparcie operacyjne i to w dekadzie, kiedy potrzeby inwestycyjne w energetyce sięgną może nawet 100mld złotych. "Przepalanie" w kotłach biomasowych środków, który mogłyby pójść na kapitałochłonną lecz zeroemisyjną energetykę będzie z roku na rok coraz bardzie problematyczne. Energetyka wiatrowa tej wady nie ma, bo istotna część kosztów (ok. 40 proc.) kapitałowych ponoszonych jest raz i np. wymiana turbiny na wydajniejszą jest już znacznie tańsza. Nie znaczy to, że współspalanie nie jest zupełnie opcją na przyszłość, ale że często wiążemy z nim za dużo nadziei. Jeśli mamy osiągnąć cele OZE nie tylko na rok 2020, ale i na rok 2030 oraz później, musimy polubić również inne technologie odnawialne, w tym wiatr i dotąd ignorowaną fotowoltaikę oraz - wspomnianą przez panią - efektywność energetyczną ograniczającą zapotrzebowanie na ciepło w gospodarstwach domowych.

Kolejne propozycje Unii, która odpowiada za ok. 11 proc. globalnej emisji CO2, są coraz bardziej drastyczne. 40 proc. redukcji emisji CO2 w porównaniu z 1990 r. do roku 2030 etc. Czy Polska faktycznie ma się temu poddać? Czy nie jest jednak naturalne, że próbujemy bronić węgla (abstrahując od obecnej sytuacji kosztowej w tej branży), bo po prostu go mamy? Francuzi bronią atomu, ponieważ mają technologię jądrową. Skandynawia broni OZE, bo ma do tego świetne warunki i technologie. Co powinniśmy zrobić?

- Przymiotnik "drastyczne" wydaje mi się nie opisywać dobrze sytuacji. Paradoksalnie krajowi takiemu jak Polską osiągnięcie tak znaczącej redukcji powinno przyjść dużo łatwiej niż krajowi, w którym udział paliw kopalnych w bilansie energetycznym jest niższy. Dlaczego? Bo po prostu dużo łatwiej i taniej jest zmniejszyć udział paliw kopalnych w produkcji energii elektrycznej i ciepła z 80 proc. do 45 proc. niż zejść z 45 proc. do 25 proc. W Polsce wystarczy w zasadzie pozwolić, w sposób kontrolowany, rozwijać się energetyce wiatrowej i fotowoltaice, postawić na rozwój gazu w ciepłownictwie, a przestarzałe, niewydajne bloki węglowe stopniowo zastępować wydajniejszymi nowymi. W nieco dłuższej perspektywie - w miejsce węgla brunatnego - konieczne będzie zapewne wybudowanie elektrowni jądrowej, ale i to przy odpowiednim instrumentarium regulacyjnym nie powinno być dużym problemem.

Czy system ETS, czyli system handlu emisjami, zdaje pana zdaniem egzamin?

- I tak, i nie. Z jednej strony Europa redukuje emisję CO2 w zgodzie z założeniami, co odzwierciedla się w niskiej cenie uprawnień. Z drugiej nie ma gwarancji, że tak będzie także w przyszłości, a system nie wytworzył sygnału cenowego zachęcającego do redukcji emisji. W rezultacie przychody jakie z niego uzyskują budżety państw członkowskich, w tym budżet Polski, są niewielkie. Moim zdaniem Polska powinna być zainteresowana ożywnieniem systemu ETS, wzrostem ceny uprawnień, a jednocześnie powinna wykorzystać przychody w ten sposób uzyskane do przebudowy wzorca produkcji i konsumpcji energii w naszym kraju. Mamy mnóstwo wyzwań inwestycyjnych rozciągających się od zmiany sposobu w jaki ogrzewamy nasze domy na dużo bezpieczniejszy dla naszego zdrowia, przez termomodernizację i budowę nowych domów w zgodzie z nowoczesnymi standardami cieplnymi, po elektromobilność i rozwój OZE w systemie energetycznym. Na to wszystko potrzeba pieniędzy, a potencjalni inwestorzy - którymi są zazwyczaj gospodarstwa domowe - wymagają odpowiednio silnych bodźców finansowych by ruszyć z miejsca. Razem z kolegami z WiseEuropa napisaliśmy ostatnio niewielki raport wskazujący jak sobie z tym problemem poradzić. Naszym zdaniem jasna decyzja o przekazaniu 100 proc. środków z aukcji ETS - niezależnie od tego jak duże to będą środki - na wsparcie dla termomodernizacji, rozwoju energetyki rozproszonej, elektromobilności oraz osłonę przemysłów elektrochonnych i osłonę procesu wygaszania górnictwa węglowego na Śląsku, pomogłoby nam wszystkim wyjść z impasu w jakim obecnie się znajdujemy.
Jeśli przestaniemy na politykę klimatyczną UE patrzeć jako na zagrożenie, a dostrzeżemy w niej szansę na zmiany, będzie nam dużo łatwiej robić to samo co robi nie tylko cała Europa Zachodnia, lecz także USA, Chiny czy Indie, czyli przeobrażać własną gospodarkę w zgodzie z globalnymi celami redukcyjnymi.

Jak należy oceniać porozumienie z paryskiego COP21? To cytat z portalu naukaoklimacie.pl: "Realizacja celu zatrzymania wzrostu średniej temperatury powierzchni Ziemi poniżej 2°C, a szczególnie 1,5°C będzie, oględnie mówiąc, bardzo trudna. Ocieplenie już przekroczyło 1°C, a niezbędne do osiągnięcia celu ograniczenia wzrostu temperatury redukcje emisji są olbrzymie. Osiągnięcie celu ograniczenia ocieplenia do 2°C oznacza konieczność spadku emisji netto do zera około 2050 roku, a ograniczenia ocieplenia do 1,5°C to spadek emisji netto do zera już do 2030 roku". Czy nie jest trochę tak, że papier jednak jest cierpliwy, a zapisujemy na nim nawet to, co jest średnio realne - oględnie mówiąc?

- Globalne ocieplenie jest być może największym wyzwaniem naszych czasów. My w Polsce niestety nie zdajemy sobie sprawy jak dużym, nie rozumiejąc, jak nasze wewnętrzne okołowęglowe sentymenty są egzotyczne dla Amerykanów czy zachodniej Europy. Porozumienie paryskie wskazuje jasno, że świadomość zagrożenia cywilizacyjnego jakim jest globalne ocieplenie staje się powoli mainstreamem globalnej polityki. Nie tylko Unia Europejska ale i USA czy Chiny zdecydowały się na podjęcie znaczących zobowiązań dekarbonizacyjnych. W USA udziałwęgla w produkcji energii elektrycznej zmalał z 50 proc. przed kilkoma laty do 23 proc. dziś. Jednocześnie udział energii odnawialnej wzrósł z 10 proc. do prawie 20 proc. W Polsce z prędkości tych przemian nie zdajemy sobie sprawy. Scenariusz, w którym polityka klimatyczna staje się polityką globalną jest coraz bliższy urzeczywistnienia. Może nie wydarzy się to w tej dekadzie, ale w roku 2030?

Jaki scenariusz powinna wybrać dla siebie Polska?

- Powinniśmy stopniowo dywersyfikować nasz mix energetyczny. Stopniowo, ale konsekwentnie. Zamiast walczyć z wiatrakami, pozwólmy na ich kontrolowany rozwój - w podwojeniu ich udziału w produkcji energii elektrycznej w ciągu 10-15 lat nie ma żadnego zagrożenia dla systemu energetycznego. Podobnie jest z fotowoltaiką, której naturalną rolą jest wygładzanie szczytów dziennych w lecie - co się takiego złego stanie jeśli 5-7 proc. prądu wytworzą gospodarstwa domowe z paneli zainstalowanych na dachach? Przebudowujmy też nasze ciepłownictwo - więcej gazu w elektrociepłowniach nie zagrozi naszemu bezpieczeństwu energetycznemu a pomoże płucom i zdrowiu mieszkańców miast. Wprowadźmy też wymagające normy na paleniska domowe i ułatwmy - także finansowo - inwestowanie w termomodernizacje domów. W średniej perspektywie przygotujmy projekt nuklearny, bo perspektywy dla węgla brunatnego są chyba najbardziej rozmyte. Natomiast udział węgla kamiennego w naszym miksie paliwowym nieprędko spadnie do zera. Co nie oznacza, że będzie go tyle co dziś. To, że paliwa kopalne będą stopniowo znikać z naszej energetyki i transportu nie jest dla nas zagrożeniem, a szansą - tak na ten proces patrzy cały świat rozwinięty i ambitne nowe potęgi przemysłowe jak Chiny czy Indie. Od monokultury węglowej do monokultury odnawialnej droga jest jednak daleka - dekarboniazacja to proces, który zajmie nie 10, a 50 lat. Jest on też w pełni zarządzalny, a więc nie musi być dla nikogo bolesny. Wymaga jednak od polityki tego, czego jej być może najbardziej brakuje - decyzyjności i odwagi w zerwaniu ze stereotypowym myśleniem zwróconym w przeszłość.

Rozmawiała Karolina Baca-Pogorzelska

www.gornictwo2-0.pl

Najlepsze tematy

Partnerzy serwisu

PKO BP KGHM