Przejdź na stronę główną Interia.pl

Polski przemysł zarobi na OZE

Rozwój OZE to szansa dla polskiego przemysłu. Na boomie inwestycyjnym mają szansę skorzystać krajowi dostawcy komponentów, usług, ale też surowców. Konieczne jest jednak wsparcie legislacyjne - mówi Interii prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej Janusz Gajowiecki.

Monika Borkowska, Interia: Czy są jakiekolwiek szanse na spełnienie przez Polskę celu na 2020 rok zakładającego minimum 15-proc. cel OZE w końcowym zużyciu energii

Reklama

Janusz Gajowiecki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej: Zapewne nie będziemy w stanie zrealizować do przyszłego roku tych konkretnych wartości. Z drugiej strony ilość energii z OZE, wiatrowej na lądzie i fotowoltaiki, zakontraktowana w przeprowadzonych już aukcjach i zaplanowanych na ten rok, jest prawdopodobnie wystarczająca, by te cele osiągnąć. Ta kontraktacja jest pewnego rodzaju wyjściem naprzeciw zobowiązaniom UE w stosunku do realizacji celów. Oczywiście nie wszystkie farmy zdążą się wybudować do końca przyszłego roku, ale pojawi się zobowiązanie ze strony inwestorów na realizację inwestycji. Natomiast realne wykonanie celu na 2020 rok może odroczyć się trochę w czasie.

A co z planem na 2030 rok? Unia Europejska zakłada 32-proc. udział OZE w miksie energetycznym.

- Dla każdego państwa będą ustalane konkretne cele. Polska chciałaby zapewne, by było to 21 proc. Moim zdaniem skończy się na 25-27 proc. Bo nie wygląda na to, by nowy Parlament Europejski miał odwracać się od źródeł odnawialnych. Aby osiągnąć taki cel, udział OZE w produkcji energii elektrycznej musiałby wynosić przynajmniej 35-36 proc. do 2030 roku. Mamy poważne obawy, czy taki plan zostanie zrealizowany. A to dlatego, że przy dzisiejszych ograniczeniach związanych z ustawą odległościową (tzw. zasada 10h) nowych projektów nie będzie.

- Z kolei w przypadku projektów na morzu byłaby szansa na budowę 5 GW do 2030 roku. Warunkiem jednak byłoby podjęcie przez rząd działań legislacyjnych, czyli przynajmniej ogłoszenie projektu ustawy dedykowanej morskim farmom wiatrowym. Musiałby on zostać zaprezentowany jeszcze w tym roku.

Jest szansa na zniesienie zasady 10h? Przedstawiciele rządu rozmawiają z organizacjami branżowymi na ten temat?

- Liczymy na to, że te ograniczenia zostaną zniesione przynajmniej w takim stopniu, w którym umożliwią realizację projektów tam, gdzie rzeczywiście one są potrzebne.

Na tego typu ograniczeniach traci przede wszystkim nasza gospodarka. Duże firmy nie budują nowych zakładów produkcyjnych bez przygotowywania źródeł wytwórczych. A jedyne źródła wytwórcze, które dziś firmy produkcyjne przewidują w swoich nowych fabrykach, to te oparte na energetyce odnawialnej. Brak możliwości postawienia wiatraków w pobliżu zakładu zniechęca duże koncerny międzynarodowe do inwestowania w Polsce. Ale dotyczy to też podmiotów krajowych. One już za chwilę będą musiały konkurować na rynku europejskim, wykazując tzw. ślad węglowy. W praktyce oznacza to konieczność wskazania, przy użyciu jakich źródeł energii zostały wyprodukowane ich towary. Każdy produkt będzie rozliczany z tego, czy został wyprodukowany z energii czystej, czy wysokoemisyjnej. Jeśli z tej drugiej, to nie wytrzyma konkurencji.

- Dlatego konieczne jest odblokowanie zasady 10h. Tylko wiatraki pod względem skali są w stanie dorównać jednostkom konwencjonalnym. Fotowoltaika jest dobrym źródłem, które można szybko zbudować. Jednak w jej przypadku średni współczynnik wykorzystania mocy zainstalowanej wynosi w 10 proc. Dlatego ta technologia nie odegra więc kluczowej roli dla gospodarki naszego kraju. Natomiast w przypadku farm wiatrowych na lądzie jest to ok. 40 proc.

Jak wygląda w tej chwili opłacalność inwestycji w famy wiatrowe?

- Spadek kosztów energii wiatrowej w ostatnich latach bardzo mocno przyspieszył. Poszedł za tym spadek cen energii, jakich inwestorzy oczekują w aukcjach na energię elektryczną z OZE. Dalsze utrzymanie tego trendu będzie możliwe tylko wtedy, gdy inwestorzy poczują się bezpiecznie na polskim rynku i będą mogli długoterminowo planować swoje inwestycje.

- Według naszych szacunków uśredniony koszt produkcji energii elektrycznej z wiatru na lądzie, uwzględniający już zyski inwestora na umiarkowanym poziomie, spadł z 470 zł/1 MWh w 2010 roku do ok. 350 zł/1 MWh w roku 2014, a obecnie nie przekracza 250 zł/1 MWh. Na aukcjach w 2018 roku inwestorzy oferowali energię z wiatru nawet na poziomie ok. 196 zł/1 MWh, licząc na to, że pozostałą część energii sprzedadzą po wyższych, rynkowych cenach, zbliżonych do 250 zł.

A co z kosztami budowy farm morskich?

- W tym przypadku spadek kosztów jest jeszcze bardziej spektakularny. Według danych, które posiadamy, w 2014 roku na aukcjach koszt 1 MWh nie spadał poniżej 150 euro, w 2016 w Europie Zachodniej oferowano już wiatr na morzu po cenach 80 euro/1 MWh, a obecnie przewiduje się, że w najbliższych latach będzie to już 50-60 euro/1 MWh, nie uwzględniając rozbudowy sieci. U nas oczywiście do tej ceny trzeba będzie doliczyć około 20 euro z tytułu przyłączenia farmy do sieci lądowej.

Mówi się, że rozwój energetyki wiatrowej to szansa dla polskiego przemysłu jako potencjalnego dostawcy komponentów i usług na rzecz inwestorów. Czy krajowe podmioty rzeczywiście są w stanie odpowiedzieć na zapotrzebowanie rynku?

- Zdecydowanie tak. Już dziś jest dużo firm, które dobrze sobie radzą na Zachodzie. Jednak nieoceniona byłaby możliwość sprawdzenia się na własnym poligonie doświadczalnym. To z pewnością przełożyłoby się na dalszy spadek kosztów produkcji. Wzrost krajowego popytu poprawiłoby także pozycję naszych firm na rynkach zagranicznych. Na dziś Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej zlokalizowało 140 takich przedsiębiorstw. Ich liczba mogłaby być znacznie większa. Rozwój inwestycji w farmy wiatrowe w Polsce z pewnością zwiększyłby liczbę podmiotów dostarczających komponenty, usługi i serwis dla branży.

Mowa przy tym nie tylko o dostawach komponentów, ale też surowców niezbędnych do realizacji tego typu projektów.

- Oczywiście, rozwój morskiej energetyki wiatrowej w Polsce wpłynąłby na zwiększenie popytu na surowce energetyczne i metale wykorzystywane do budowania elementów turbin. Największymi beneficjentami byłyby tu m.in. KGHM i Huta Częstochowa. W scenariuszu budowy na Bałtyku 6 GW, jednorazowy popyt na miedź ze strony branży produkującej kable sięgnąłby ok. 27 tysięcy ton, co stanowi ok. 11 proc. rocznych mocy produkcyjnych należącej do KGHM Huty Cedynia. Oznaczałoby to złożenie dodatkowych zamówień na kwotę od pół do nawet miliarda złotych.

- Morska energetyka mogłaby się także stać największym stalochłonnym przedsięwzięciem. Budowa 6 GW na przestrzeni przyszłej dekady pochłonęłaby 1,1-1,2 mln ton stali o wartości 16 mld zł. W przypadku ISD Huta Częstochowa, której stal najbardziej odpowiadałaby na potrzeby branży, potencjalne zapotrzebowanie ze strony branży morskiej energetyki wiatrowej odpowiadałoby za 9-25 proc. z 10-letnich mocy produkcyjnych częstochowskiej huty. A to oznaczałoby zwiększenie przychodów częstochowskiej huty za okres dostarczenia stali do budowy MEW od 2-5 mld zł.

- Produkcja stali na potrzeby rozwoju farm na Bałtyku będzie wymagała zużycia ok 0,2 mln ton węgla energetycznego. Warunkiem i głównym wymogiem, by spełnić ten warunek jest produkcja stali na miejscu w Polsce, a nie importowanie gotowych komponentów zza granicy.

W jaki sposób można zabezpieczyć pozycję krajowych firm, by nie narazić się na zarzut preferowania polskich przedsiębiorstw w przetargach?

- Udział lokalnego łańcucha wartości dostaw istnieje w regulacjach naszych sąsiadów. To są regulacje miękkie, nie ma w nich mowy o bezwzględnym obowiązku. Jednak żaden z inwestorów, którzy wchodzą na rynek, nie chce narażać się poszczególnym państwom. Spełniają oni oczekiwania dotyczące udziału lokalnych komponentów w całej inwestycji. Tak to funkcjonuje choćby w Wielkiej Brytanii, gdzie powstał bardzo rozbudowany łańcuch dostaw. Dla naszego kraju może to być wzór do naśladowania. Skorzystałby na tym rodzimy przemysł.

Jak oceniacie zainteresowanie inwestorów krajowym rynkiem?

- Jest ono bardzo duże, zarówno jeśli chodzi o budowę farm na morzu, jak i lądowych. Świadczy o tym choćby obecność największych globalnych graczy działających w sektorze wiatru na naszym rynku. Są oni członkami naszego stowarzyszenia i uczestniczą w dyskusjach dotyczących sektora. Wszyscy oni czekają jednak na zielone światło, by uruchomić wielkoskalowe inwestycje w farmy wiatrowe.

Rozmawiała Monika Borkowska

Reklama

Najlepsze tematy

Partnerzy serwisu

PKO BP KGHM