Przejdź na stronę główną Interia.pl

Lepiej budować wiatraki niż igrać z atomem

W ogłoszonym niedawno projekcie polskiej polityki energetycznej do 2040 roku zużycie węgla ma spaść, a jego miejsce zastąpią wiatraki i elektrownia jądrowa. Co do zmniejszenia zużycia węgla - nie ma kontrowersji. Lepiej postawcie na wiatraki niż na atom – radzą analitycy agencji ratingowej Fitch.

Co przewiduje projekt ogłoszony niedawno przez Ministerstwo Energetyki? Przypomnijmy najważniejsze fakty. Energia w Polsce produkowana jest teraz głównie z węgla. To on stanowi 80 proc. paliwa zużywanego do wytwarzania prądu. Udział węgla ma się zmniejszyć odrobinę już w 2020 roku - do 78 proc., a następnie spaść do 60 proc. w 2030 roku.

Reklama

Okrawanie wydobycia węgla - choć jak widać wcale nie szybkie - spowoduje, że będziemy oddychać mniej zatrutym powietrzem. Emisja dwutlenku węgla (CO2) ma się zmniejszyć w 2030 roku o 30 proc w porównaniu z 1990 rokiem - przewiduje ministerialny plan.  

Co zamiast węgla? W 2033 roku ma odpalić pierwsza elektrownia jądrowa. Pierwszy uruchomiony blok ma mieć moc 1-1,5 Gigawata (GW). Kiedy pierwsze atomowe koty polecą za płoty, pójdzie już z górki. Energetyka jądrowa - według planu - ma odgrywać coraz większą rolę i w 2043 roku osiągnąć ma moc 6-9 GW. To znaczy, że w 2040 roku ma dawać 18 proc. produkowanego w Polsce prądu.

Równocześnie z jądrowym paliwem także wiatraki będą stopniowo wypierały węgiel. Ale nie będą to wiatraki stawiane na lądzie, lecz na morzu. Lądowe turbiny mają tracić na znaczeniu. Rozbudowa morskich farm wiatrowych oraz inwestycje w panele słoneczne mają spowodować, że udział energii ze źródeł odnawialnych w polskim miksie energetycznym zwiększy się w 2030 roku do 27 proc. z 13 proc. w 2016 roku.

Oprócz tego powstaną elektrownie opalane gazem, na wypadek gdyby boreasze zapadły w drzemkę, a w związku z tym turbiny zamarły. Powstać ma też najbardziej kontrowersyjna inwestycja - opalana węglem elektrownia Ostrołęka C za 6 mld zł. Analitycy agencji Fitch przypuszczają, że będzie ona jednak na tyle nowoczesna, iż będzie można zamknąć którąś ze starszych i bardziej trujących węglowych elektrowni, na przykład Ostrołękę B. Gdyby tak było, zatrucie powietrza ma szanse się zmniejszać w tempie planowanym przez ministerstwo.

Generalnie długoterminowe założenia są takie, żeby zmniejszyć emisję CO2 - zgodnie z polityką przyjętą przez całą Wspólnotę - i zapewnić bezpieczeństwo dostaw prądu przy najniższym koszcie wytwarzania. Ale i tak wszystko to będzie sporo kosztowało.

Planowane przez ministerstwo nakłady inwestycyjne mają wynieść w sumie do 2040 roku 400 mld zł. W latach 2021-30 ma być to 130 mld zł, a w latach 2031-40 kolejne 270 mld zł. Dlaczego nastąpi taki skok wydatków? Bo elektrownia jądrowa będzie kosztować 112 mld zł.

Analitycy Fitch są zaskoczeni tym, że Ministerstwo Energetyki chcę postawić na budowę morskich farm wiatrowych, a nie przewiduje budowy wiatraków na lądzie. Inwestycje w morskie farmy mają wynieść w latach 2021-40 ponad 150 mld zł, a na lądowe w ogóle nie są przewidywane.

- To zaskakujące w porównaniu z Zachodnią Europą, że w projekcie polityki energetycznej głównie chodzi o morskie farmy (...) Wiatraki lądowe są głównymi aktywami spółek energetycznych w Europie - powiedział na konferencji agencji Fitch poświęconej sektorowi energetycznemu Arkadiusz Wicik, starszy dyrektor w agencji Fitch.

Jak to wygląda na Zachodzie? Oczywiście wszędzie przyszły mix energetyczny dopiero się kształtuje. Jednak najczęściej potentaci europejskiej energetyki stawiają wiatraki na lądzie. W Danii z wiatru zaspokajane jest już prawie 45 proc. popytu na energię, z farm lądowych prawie 30 proc., a z morskich ponad 15 proc. W Irlandii i Portugalii prawie jedna czwarta energii produkowana jest z wiatru, ale całość z farm lądowych. Nawet w Wielkiej Brytanii ok. 8 proc. energii pochodzi z lądowych wiatraków, a 5 proc. z ustawionych na morzu.

Tylko w dwóch firmach - duńskim Oersted i niemieckim "nowym" RWE farmy wiatrowe mają spory udział w produkcji prądu. W obu jest to po ok. 2 tys. MW mocy. A równocześnie nowy RWE ma ponad 5 tys. MW mocy w wiatrakach na lądzie, a hiszpańska Iberdrola ponad 15 tys. MW.

Oersted ma największy udział odnawialnych źródeł energii w swojej produkcji. Odpowiadają one za 83 proc. EBITDA (zysk operacyjny przed odjęciem kosztów finansowania, podatków i amortyzacji) tej firmy. W "nowym" RWE jest to połowa, a w EDP - 40 proc. Na tym tle nasi giganci energetyczni wyglądają słabo - bo PGE czerpie z energetyki odnawialnej zaledwie 5 proc. swoich zysków. A to oznacza, że będą musiały się poważnie zadłużyć, żeby takim inwestycjom sprostać, zwłaszcza, że to one będą budować farmy na morzu.

Na razie polskie spółki energetyczne mają bardzo umiarkowane zadłużenie. Ale Ostrołęka C może zmienić sytuację Energi i Enei bo analitycy Fitch twierdzą, że z punktu widzenia oceny kredytowej będzie to dla nich negatywne znaczenie. Inwestycja ma kosztować ok. 6 mld zł, a to znaczy, że obie spółki będą musiały bardzo mocno zwiększyć zadłużenie. Środki z działalności operacyjnej (wskaźnik FFO) do całkowitego zadłużenia wzrosną w Enei do 3 razy z obecnych 2 razy. Gorzej będzie w Enerdze, bo tam nastąpi wzrost wskaźnika FFO z 2,5x do 3,5x.      

- Jeśli chodzi o ich profil biznesowy projekt ten zwiększy udział produkcji energii w sposób wystawiony na większe ryzyko - powiedział na konferencji Artur Galbarczyk, dyrektor w agencji Fitch.

Analitycy Fitch sugerują, że rząd powinien poważnie zastanowić się nad inwestycją w energetykę jądrową. Czy nie lepiej te pieniądze wydawać na farmy wiatrowe? W Europie rozwiązania są oczywiście różne - niektóre kraje w większym stopniu stawiają na atom, a Niemcy całkiem się z niego wycofują. Ale przykłady z innych państw, które z energetyką jądrową nie chcą zerwać, pokazują, że budowa siłowni atomowej to wielkie wyzwanie.

Typowa elektrownia nuklearna ma moc ok. 1-2 GW. Budowa trwa co najmniej 10 lat, a przynajmniej tyle trzeba liczyć zanim zacznie sprzedawać prąd. Ale po drodze czyha mnóstwo pułapek. I tak na przykład budowa elektrowni Olkiluoto 3 w Finlandii trwała 10 lat dłużej niż zaplanowano. A koszty? Były w sumie wyższe o 60 proc. od pierwotnego budżetu. Budowa elektrowni Flamanville 3 we Francji obsunęła się zaledwie o 7 lat. Kosztowała o 7 mld euro więcej niż założono w planach. Na całym świecie instytucje finansowe wcale nie palą się do sfinansowania tak długoterminowego i niepewnego projektu.

Farmy wiatrowe, zwłaszcza na morzu to także poważne przedsięwzięcie, bo taka typowa ma moc od 200 aż do 700 MW. Ale powstaje ich już sporo, mniej jest przy tym niespodzianek - na przykład związanych z warunkami geologicznymi. Budowy farm dotychczas mieściły się w terminach, łatwiej też jest o ich finansowanie, bo inwestorzy skłonni są nawet do dzielenia się przyszłymi zyskami i ryzykiem, a chętnie kupują też "zielone" obligacje. Od rozpoczęcia projektu do czasu aż gotówka zacznie płynąć z morza na ląd mija zwykle kilka lat, lecz sporo mniej niż w przypadku atomu. Te argumenty rząd będzie musiał jeszcze przemyśleć.

Jacek Ramotowski

Dowiedz się więcej na temat: wiatraki | węgiel | polska energetyka | farmy wiatrowe

Reklama

Najlepsze tematy

Partnerzy serwisu

PKO BP KGHM